Błagałem cię, byś odeszła stąd.
Łudziłem się, że to nie jest błąd,
myśląc, że z pamięci wyprę nas.

W ramionach twych znalazłem życia sens, lecz ja
ukryłem przed tobą twarz; zamarznięty gorzki płacz.

Pomiędzy nami przepaść bez dna.
Życie bez serca do przodu gna.
Z wiatrem wysyłam pusty śmiech. Hmm.

Tak bezgwiezdna noc.
Czyjś samotny głos, nadzieję we mnie tli.
Swe serce kładę na mą drżącą dłoń. Oh!

Gdy w mym sercu pada śnieg. Gdy w mym sercu pada śnieg.
Zagryzam wargi, choć ze smutku pragnę wyć.
Już nie spojrzę nigdy wstecz, nie odwrócę nigdy się.
Bez przerwy łudzę się, lecz dobrze wiem, że to zbyt trudne jest.

I nieustannie, co noc widzę twą twarz w srebrnej poświacie.
Pozbawioną wyrazu, zastygniętą jak w obrazie.
Gdy próbuję cię dotknąć, ty nagle rozsypujesz się w drobny pył.
Ból, który wtedy odczuwam, po przebudzeniu we mnie tkwi.
Po twoim sercu pozostała zimna rana.
Od twoich spojrzeń chce uciec co tchu choćby na kraniec świata.
Pragnę zasypać cię słowami, lecz nie mogę wydusić ich.
Powiem więc krótko: Szczęśliwa bądź.

Pragnąłem wiecznie w nieszczęściu trwać.
Całymi dniami czuć gorzki płacz.
Prawdą jest, że szczęścia nie chcę znać.

Tak bezgwiezdna noc.
Czyjś samotny głos, rozpala serce mi.
Wskazuje drogę, bym mógł podążyć nią.

Gdy w mym sercu pada śnieg. Gdy w mym sercu pada śnieg.
Zagryzam wargi, choć ze smutku pragnę wyć.
Już nie spojrzę nigdy wstecz, nie odwrócę nigdy się.
Bez przerwy łudzę się, lecz dobrze wiem, że to zbyt trudne jest.

Nadal pragnę zaznać spokojnego snu.
Pragnę poczuć jak me serce, z twoim sercem stapia się.
W ramionach twych ponownie zbudzić się.

Gdy w mym sercu pada śnieg. Gdy w mym sercu pada śnieg.
Zagryzam wargi, choć ze smutku pragnę wyć.
(Nie zobaczę nigdy dnia).
Już nie spojrzę nigdy wstecz, nie odwrócę nigdy się.
Bez przerwy łudzę się, lecz dobrze wiem, że to kłamstwo jest.